Michał Urbaniak (1943-2025). Grafika: Nikodem Nowak
Michał Urbaniak (ur. 22 stycznia 1943 – zm. 20 grudnia 2025) to jedna z najważniejszych postaci polskiego i światowego jazzu. Skrzypek, saksofonista, kompozytor i aranżer, który jako jeden z pierwszych muzyków z Europy Środkowo-Wschodniej zrobił międzynarodową karierę w Stanach Zjednoczonych, na trwałe zapisując się w historii jazzu i fusion.
Urbaniak współpracował z absolutną światową czołówką muzyki improwizowanej. Grał i nagrywał m.in. z Milesem Davisem, Herbiem Hancockiem, Waynem Shorterem, Quincym Jonesem, Chickiem Coreą, Billym Cobhamem, George’em Bensonem czy Weather Report. Jego nowojorskie projekty w latach 70 i 80 XX wieku wyznaczały nowe kierunki w jazzie elektrycznym, funku i fusion, a on sam stał się jednym z symboli tej epoki.
Do najważniejszych albumów w jego dorobku należą m.in. „Fusion”, „Atma”, „Body English”, „Paratyphus B”, „Urbanator” oraz „Miles of Blue”. Jego twórczość wielokrotnie trafiała na listy Billboardu, a płyty były wydawane przez prestiżowe amerykańskie wytwórnie.
Michał Urbaniak był laureatem wielu nagród i odznaczeń, w tym Fryderyka za całokształt twórczości, Złotego Medalu „Zasłużony Kulturze – Gloria Artis” oraz licznych wyróżnień środowiska jazzowego w Polsce i za granicą. Był także mentorem młodych muzyków – to on wprowadził na światowe sceny m.in. Urszulę Dudziak.
Mało kto dziś pamięta, że ta światowa kariera Urbaniaka przypadająca na lata 1961-2025 zaczęła się w Kutnie. Opowiedział o tym – w wydanej przez Agorę SA książce „Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego” – pisarzowi Andrzejowi Makowieckiemu.
Swój pierwszy występ sceniczny Michał Urbaniak zapamiętał na całe życie. Odbył się w Kutnie w sali kina, przy niemal pustej widowni. Występowali młodzi muzycy – fortepian, klarnet, puzon, perkusja – a na kornecie grał Marek Karewicz, późniejszy najwybitniejszy polski fotoreporter jazzowy. Publiczność liczyła zaledwie jedenaście osób i były to same kobiety. Dla młodego muzyka był to jednak moment graniczny – prawdziwy debiut, ogromne emocje i przekonanie, że właśnie spełniają się jego najskrytsze marzenia. Poproszony o solowe wykonanie „Georgii”, próbował zagrać z całą pasją i wyobraźnią, wmawiając sobie, że z instrumentu wydobywa dźwięki godne największych mistrzów jazzu.
Rzeczywistość okazała się mniej łaskawa. Dziewczyny siedzące w pierwszym rzędzie śmiały się do łez – nie z muzyki, lecz z drobnej, kłopotliwej wpadki młodego artysty. Okazało się, że zapomniał zapiąć rozporka. Zszedł ze sceny zapłakany, przekonany o porażce, którą starsi muzycy próbowali zagłuszyć żartem i pochwałą „swingu”.
Kutno nie stało się miejscem wielkiego triumfu, ale było jednym z pierwszych przystanków na drodze, która zaprowadziła Urbaniaka na światowe sceny. To właśnie takie występy – nieidealne, pełne emocji – budowały charakter muzyka, który później grał u boku legend jazzu. Kutno było u zarania tej wspaniałej kariery.
Cześć Jego Pamięci!
(rj)
